Tagi

, , , , ,

Węże są gadami, które budzą chyba największe emocje. Przede wszystkim z jednego powodu: część z nich dysponuje groźną bronią – aparatem jadowym. Różne przygodowe książki, filmy i legendy wzmocniły stereotyp węża: jeśli jadowity, to wiadomo, jedno ukąszenie i po tobie; jeśli nie jadowity, to na 100% wielka anakonda, gotowa udusić cię, rozszarpać i pożreć.

W Polsce jedynym jadowitym wężem jest żmija zygzakowata (Vipera berus). Jest to wąż, który budzi ogromne obawy – na ile uzasadnione, pisałem we wcześniejszym wpisie. Mamy jednak coraz większe możliwości zwiedzania bardziej egzotycznych miejsc, w których szanse na spotkanie, celowe czy przypadkowe, bardziej groźnych przedstawicieli węży są całkiem spore. Co w takim razie zrobić, aby po pierwsze nie zostać pokąsanym a po drugie, jeśli będziemy mieć pecha i wąż nas dziabnie, co zrobić, żeby taka przygoda nie miała tragicznego finału.

Zanim napiszę jednak co i jak robić, aby nie zostać pokąsanym lub aby pokąsanie nie skończyło się tragicznie, kilka słów poświęcę krótkiej charakterystyce jadowitych węży i ich jadom.

Węże jadowite

Ogromna większość jadowitych węży należy do dwóch rodzin: żmijowatych (Viperidae) oraz zdradnicowatych (Elapidae). Poza nimi, jadowite węże należą też do wiosłogonów (Laticaudinae), węży wodnych (Hydrophiinae) oraz niektórych przedstawicieli połozowatych (Colubridae) i gleboryjcowatych (Atractaspididae). Z medycznego punktu widzenia najważniejsi są przedstawiciele dwóch pierwszych rodzin.

Żmijowate (żmije i grzechotniki) dysponują najbardziej wyspecjalizowanym aparatem jadowym. Ich zęby jadowe przypominają swoją budową igłę do zastrzyków – są bardzo ostre, długie i zaopatrzone w kanał jadowy biegnący przez środek zęba. Co więcej, zęby jadowe osadzone są na ruchomych kościach szczękowych, które mogą obracać się niczym na zawiasie na kościach przedczołowych. Dzięki temu, kiedy wąż ma zamknięty pysk, jego zęby jadowe ułożone są równolegle do podniebienia i mogą osiągać duże rozmiary, bez obawy, że wąż przebije sobie paszczę. Otwierając pysk może natomiast „nastroszyć” te zęby, czyli ustawić prostopadle do podniebienia. Rekordzistą jest tu żmija gabońska (Bitis gabonica), której zęby jadowe mogą osiągać nawet do 5-6 cm długości. Dla porównania, żmija gabońska osiąga maksymalnie około 2 metry długości, natomiast najdłuższy jadowity wąż świata, kobra królewska (Ophiophagus hannah; przedstawiciel zdradnicowatych), która dorasta do 6 metrów długości ma zaledwie 1.5 cm zęby jadowe.

Jad żmijowatych jest bogaty w związki powodujące gwałtowny rozpad tkanek, zwłaszcza krwi oraz spadek jej krzepliwości.

Zdradnicowane (kobry, niemrawce, węże koralowe i ich krewni) różnią się od żmij zwykle większymi rozmiarami i bardziej smukłym ciałem. Ich zęby jadowe są stosunkowo krótkie i w zasadzie nie mogą zmieniać położenia podczas zamykania i otwierania pyska. Wspomniana kobra królewska, mimo iż osiąga imponujące 6 metrów długości ma zęby jadowe nie dłuższe niż 1.5 cm. Węże te dysponują często bardzo silnym jadem – w pierwszej dziesiątce najbardziej jadowitych węży aż 9 to przedstawiciele tej rodziny. Ich jad, w przeciwieństwie do jadu żmijowatych zawiera duże ilości neurotoksyn, a mniej substancji powodujących uszkodzenia tkanek.

Gleboryjcowate to stosunkowo słabo znana grupa węży. Ich zęby jadowe zbudowane są podobnie jak zęby żmij i osiągają znaczną długość. Nie rotują one jednak tak jak zęby żmij w do przodu, ale na boki: wąż wystawia ząb jadowy z boku pyska. Ma to sens, ponieważ węże te polują głównie w norach gryzoni i tam nie ma miejsca na wykonanie typowego ataku. Za to w ciasnym tunelu łatwiej jest zahaczyć gryzonia bokiem pyska i tak wstrzyknąć mu porcję jadu. Ich jad może być stosunkowo silny, jednak przypadki pokąsań zdarzają się bardzo rzadko – nie często dochodzi do spotkań na linii człowiek-gleboryjec.

Połozowate (Colubridae) to grupa węży obejmująca głownie gatunki niejadowite i niegroźne dla człowieka, takie jak nasze rodzime gniewosze (Coronella austriaca), zaskrońce (Natrix natrix), węże Eskulapa (Zamenis longisssimus) i szereg innych. Jest jednak wśród nich kilka gatunków, które dysponują silnymi toksynami i ich ukąszenie może być groźne dla życia. Na pierwszym miejscu znajdują się słynne afrykańskie boomslangi (Dyspholidus typus) czy nadrzewne węże z rodzaju Thelotornis, od których ukąszeń zmarli wybitni herpetolodzy Carl Patterson Schmidt oraz Robert Mertens. Zęby jadowe połozowatych położone są z tyłu szczęk. Są nieznacznie większe od pozostałych zębów i zaopatrzone w rowki, którymi spływa jad. W związku z tym, węże te po ukąszeniu nie puszczają ofiary ale wykonują ruchy żujące, ponieważ ich zęby jadowe najczęściej nie wbijają się w ciało przy pierwszym ukąszeniu i wąż musi poprawić chwyt. Ukąszenia przez te węże są bardzo rzadkie, jednak jeśli mają miejsce często wiążą się z poważnymi komplikacjami (ze względu na rzadkość wypadków pokąsań praktycznie nie produkuje się surowicy przeciwko ich toksynom).

Jak działają jady?

Jad węży jest mieszaniną bardzo zróżnicowanych substancji, głównie białek i peptydów, które stanowią około 90% jego suchej masy. Ich działanie jest bardzo zróżnicowane. Niektóre z nich powodują obniżenie ciśnienia krwi, inne spadek jej krzepliwości, degradację błon komórkowych, blokowanie przekazywania impulsów nerwowych i wiele innych.

Z grubsza możemy podzielić je na trzy duże grupy: cytotoksyny, neurotoksyny i haemotoksyny. Jednak granice między nimi nie są bardzo sztywne i bardziej wskazują na przewagę jednego z rodzajów toksyn w jadzie niż wyłączne działanie. Na przykład jad żmijowatych to głownie cytotoksyny, ale obecne są w nim również substancje o charakterze neurotoksyn.

Cytotoksyny – Ta grupa toksyn powoduje gwałtowny rozpad komórek wynikający z uszkodzenia ich błon komórkowych. Reakcja obejmuje zwykle uczucie piekącego bólu w miejscu ukąszenia któremu towarzyszy postępująca opuchlizna (może się zwiększać nawet przez dwa – trzy dni). Częsta jest też martwica tkanek, zwłaszcza, jeśli ukąszenie nastąpiło w palec. Dodatkowo uszkodzeniu mogą ulec nerki oraz układ krążenia. Ten typ toksyn jest charakterystyczny dla jadów takich węży jak żmija sykliwa (Bitis arietans), żmija gabońska (Bitis gabonica), wielu gatunków kobr (Naja mossambica, N. nigricollis, Haemachatus haemachatus) oraz gleboryjców (Atractaspididae).

Neurotoksyny – Główną funkcją tych związków jest blokowanie przekazywania impulsów nerwowych. Neurotoksyny działają w bardzo różnorodny sposób, między innymi blokując wydzielanie neuroprzekaźników, blokując ich receptory, lub dezaktywując neuroprzekaźnik przed tym, zanim dotrze do właściwego receptora. Mogą też blokować kanały jonowe w błonach komórkowych uniemożliwiając przekazanie przez komórkę odebranego sygnału. Symptomy zatrucia neurotoksynami mogą obejmować ból w miejscu ukąszenia, gwałtowną potliwość, zaburzenia widzenia, trudności z oddychaniem, kłopoty z przełykaniem, opadanie powiek. Takie toksyny dominują w jadach zdradnicowatych, takich jak Haemachatus haemachatus, mamby (Dendroaspis sp.), kobra przylądkowa (Naja nivea), kobra leśna (Naja melanoleuca), pęz plamisty (Pelamis palustris). Niektóre żmije, jak na przykład żmija Berga (Bitis atropos) również posiadają jad zawierający sporą frakcję neurotoksyn jak również cytotoksyny.

Haemotoksyny – Te związki odpowiadają za spadek krzepliwości krwi. Haemotoksyny redukują liczbę płytek krwi a także eliminują fibrynogen – ważne białko w procesie krzepnięcia. Poza tym osłabiają budowę ścian naczyń krwionośnych, zwłaszcza naczyń włosowatych, co prowadzi do rozległych krwotoków wewnętrznych. Zwykle ukąszeniu nie towarzyszy ból i często nie występuje opuchlizna. Haemotoksyny należą do związków wolno działających i często wystąpienie pierwszych objawów klinicznych następuje po kilku godzinach. Węże, których jady zawierają te toksyny to boomslang (Dyspholidus typus) oraz Thelotornis sp. Frakcje haematotoksyczne są też obecne w jadach wielu żmij, jak na przykład żmii sykliwej czy gabońskiej.

Jak często dochodzi do pokąsań?

W wielu państwach nie prowadzi się szczegółowych statystyk i trudno oszacować rzeczywistą liczbę wypadków. Szacunki różnych autorów bywają dość rozbieżne. Na przykład Whitaker i Captain szacują, że w samych tylko Indiach około pół miliona ludzi jest co roku kąsanych przez jadowite węże a od 10000 do 50000 takich przypadków kończy się śmiercią. Sura z kolei podaje liczbę 300000 kąsanych co roku na świecie i 30000 do 40000 zgonów. To wydaje się jednak mocno niedoszacowane, z racji tego, że większość wypadków ma miejsce w krajach słabo rozwiniętych. Takie kraje wiodą też prym w liczbie śmiertelnych przypadków. Na czoło wysuwają się Indie oraz kraje Afryki. W państwach o wyższym poziomie usług medycznych, nawet tam, gdzie silnie jadowite węże występują często, wypadki śmiertelne trafiają się rzadko. W USA notuje się co roku 7 do 8 tysięcy wypadków pokąsania przez węże (głownie grzechotniki) z czego 5 do 6 kończy się śmiercią. W Kostaryce rocznie węże kąsają około 400-500 osób (mniej więcej 22-23 osoby na 100000 mieszkańców) i kilkanaście z nich kończy się tragicznie. W Brazylii, na około 200000 wypadków pokąsania około 90 kończy się śmiercią. Te liczby pokazują, że nawet w przypadku bycia ukąszonym przez jadowitego węża szanse na przeżycie są dużo większe niż ryzyko znalezienia się w gronie pechowców.

Jakie węże kąsają najczęściej?

Mimo tego, że w wielu miejscach występuje więcej niż jeden gatunek jadowitego węża, zwykle większość wypadków da się przypisać tylko jednemu z nich. W Indiach, które są krajem w którym jest chyba największy problem związany z obecnością jadowitych węży, występuje aż 40 gatunków, których ukąszenie może być fatalne w skutkach, za mniej więcej 90% wypadków odpowiadają tylko cztery z nich (tak zwana wielka czwórka): kobra indyjska (Naja naja), krajt (Bungarus careuleus), żmija Russela (Daboia russelii) i efa piaskowa (Echis carinatus). W Afryce z kolei większość przypadków śmiertelnych wiąże się z ukąszeniami żmii sykliwej (Bitis arietans).

Gdzie i jak (nie)zostać ukąszonym?

1. Najłatwiej spotkać jadowitego węża w miejscach oddalonych od większych miast, w tak zwanym terenie. Jeśli więc wybieramy się na taką wycieczkę, warto zabezpieczyć nogi przed ukąszeniem. Większość przypadków pokąsań przez żmije (czyli najczęściej kąsające węże) to efekt nadepnięcia na leżącego gada lub zbyt bliskiego podejścia do niego. Wąż kąsa w takim wypadku to, co znajduje się najbliżej i najczęściej wbija swoje zęby w stopę lub w kostkę. But z odpowiednio mocną cholewką sięgający za kostkę pozwoli wyjść cało z większości takich opresji.

2. W miarę możliwości należy unikać chodzenia po stertach gałęzi, kamieni itp. To są częste kryjówki węży. Więc prosta sprawa – nie chcemy spotkać gada, nie starajmy się mu wleźć na głowę.

3. Jeśli przyjdzie nam nocować na takiej wycieczce w terenie, w miarę możliwości należy się postarać aby nie spać bezpośrednio na ziemi. Zmniejszymy w ten sposób ryzyko spotkania z jakimś wężem (lub skorpionem), który akurat po zmroku wychodzi na żer.

4. Nie łapmy węża, jeśli nie wiemy jak się to robi. A jeśli wiemy, to też zastanówmy się, czy na pewno wiemy… Większość przypadków pokąsania przez węże ma miejsce wtedy, jeśli wąż jest przez człowieka zaatakowany – czyli albo nadepnięty, albo człowiek próbuje go złapać lub zabić.

5. Jeśli zabieramy się do łapania węży, dowiedzmy się jak najwięcej o ich zachowaniu, wyglądzie i trybie życia. W obcym terenie warto każdego węża traktować jako potencjalnie jadowitego – nie jest to przesadą. Kiedyś moja zbytnia pewność siebie omal nie zakończyła się pokąsaniem przez mokasyna (o tym będzie trochę dalej).

Co zrobić, jeśli jednak stało się nieszczęście i zostaliśmy przez węża pokąsani?

Po pierwsze: nie wpadać w panikę!

Większość węży nie dysponuje aparatem jadowym i jest spora szansa, że nie ukąsił nas żaden jadowity wąż! Na mniej więcej 3000 gatunków węży tylko około 450 dysponuje jakimkolwiek funkcjonującym aparatem jadowym a z pośród nich mniej niż połowa ma jad wystarczająco silny, aby zabić człowieka.

Nawet jeśli ukąsił nas jadowity wąż, aż 20 do 40% to tak zwane ukąszenia suche, czyli takie, w których wąż nie wstrzyknął jadu! Wg. Warrella, który przestudiował dostępne raporty, w krajach Ameryki Środkowej czasami nawet ponad połowie ukąszeń nie towarzyszyły żadne objawy zatrucia jadem (58% w Panamie, 45% w Gwatemali i 40% w innych krajach tego regionu). W Brazylii 30% przypadków ukąszeń przez żararaki (Bothrops) i 43% przez grzechotniki (Crotalus) nie wywołało żadnych klinicznych ani laboratoryjnych symptomów zatrucia jadem. Nie ma pełnej zgodności co do tego, czy przypadki tych suchych ukąszeń są efektem kontrolowania wydzielania jadu przez węża, czy też coś się wężowi nie „udało” z wstrzyknięciem jadu. Biorąc jednak pod uwagę niemal 100% skuteczność wstrzykiwania trucizny swoim ofiarom przeznaczonym do konsumpcji, można założyć, że „suche” ukąszenie jest wynikiem „dobrej woli” węża.

Nawet jeśli wstrzyknął tenże jad, większość z nich (nawet wśród żmij i krewnych kobr) nie dysponuje wystarczająco silnym jadem, żeby zabić człowieka!

Nawet jeśli miało się pecha i trafiło na węża, który dysponuje tak silnym jadem, w większości przypadków nawet nie leczone przypadki nie zawsze kończą się tragicznie! Najczęściej mamy wtedy sporo czasu na podjęcie odpowiednich kroków ratujących życie i zdrowie.

Co dalej?

Należy zapomnieć o wszystkich „znakomitych” metodach stosowanych przez największych „twardzieli”: wycinania, wypalania rany czy wysysania jadu. Już Major F. Wall w książce Poisonus Snakes z 1908 omawiał szereg eksperymentów, które dowiodły iż podobne praktyki są pozbawione podstaw. Nie będę wdawał się tutaj w szczegóły, gdyż doświadczenia te dzisiaj uznamy (zupełnie słusznie) za barbarzyńskie. W każdym razie nawet natychmiastowe (w ciągu kilku sekund) wycięcie rany czy odcięcie (sic!) pokąsanej kończyny nie zapobiegało śmierci nieszczęsnego zwierzęcia, która następowała po kilkudziesięciu sekundach – kilku godzinach od momentu ukąszenia.

Należy pamiętać, że w wielu przypadkach wycięcie rany, jej nacięcie i wysysanie może mieć zupełnie odmienny efekt od zamierzonego. Jad wielu węży ma właściwości hamujące krzepliwość krwi. Nacięcie czy wycięcie rany nie spowoduje znaczącego wypłynięcia jadu, który i tak wniknął już do krwioobiegu, natomiast na pewno wywoła lokalny krwotok. Na tyle duży, że w przypadku takich węży jak efa piaskowa (Echis carinatus) prędzej ofiara umrze z powodu wykrwawienia niż na skutek działania jadu. A jeśli nawet nieszczęsny pacjent się nie wykrwawi, to lekarze staną przed wyzwaniem poradzenia sobie nie tylko z efektem zatrucia jadem, ale też z bardzo prawdopodobnym zakażeniem. Pomijając już zupełnie absurdalną sytuację amputacji w warunkach terenowych np. nogi, w przypadku ukąszenia powiedzmy w kostkę. „Czekaj Zenek, nie ruszaj się, zaraz ci pomogę!” I łup siekierą w kolano! – Jedynym sprawdzonym sposobem na walkę z jadami węży jest aplikacja właściwej surowicy! Żadne domowe sposoby nie pomogą w sytuacji naprawdę poważnego zatrucia jadem.

Co więc robić (czyli „po drugie”)?

Dobrze jest wiedzieć jaki wąż nas (kogoś?) ukąsił. Nie należy jednak łapać owego napastnika. Jedna z najważniejszych zasad mówi: jedno ukąszenie jest lepsze niż dwa! Warto jednak zapamiętać jak najwięcej szczegółów dotyczących wyglądu węża: kolor, wielkość, kształt głowy, rysunek. Jeśli jest to możliwe typ łusek (gładkie czy szorstkie, wręgowane), kształt źrenicy (okrągła czy pionowa), zachowanie się gada (po ukąszeniu zwinął się w kłębek, uciekał czy starał się dalej atakować). Pomogą zarówno w podjęciu decyzji o zastosowaniu pomocy doraźnej jak i w późniejszym etapie, przy doborze właściwej terapii przez lekarzy. Zwykle jest też tak, że w miejscach w których łatwo o kontakt z jadowitym wężem, lekarze znają specyficzne dla gatunku symptomy i wiedzą, które węże najczęściej w okolicy kąsają.

Jeśli mamy pod ręką długopis lub flamaster zaznaczamy miejsce ukąszenia kółkiem i zapisujemy obok godzinę. (Tak postępujemy zawsze w przypadku pokąsania przez żmije i grzechotniki). Później, co 15 – 20 minut zaznaczamy zasięg postępującego obrzęku (też zapisując na skórze godzinę). To może pomóc w określeniu tego, ile jadu zostało wstrzyknięte i jak organizm ofiary reaguje na toksynę.

Staramy się też zanotować (zapamiętać) wszelkie symptomy zatrucia jadem – ból w miejscu ukąszenia, bóle głowy, potliwość, opadanie powiek, problemy z połykaniem, oddychaniem, nudności, zawroty głowy, problemy z widzeniem itd. To, które z nich wystąpią i często w jakiej kolejności mogą być ważną wskazówką dla lekarzy przy podejmowaniu terapii.

Jad większości węży z rodziny zdradnicowatych (Elapidae) nie powoduje znaczących uszkodzeń tkanek (a przynajmniej nie w takim tempie jak ma to miejsce w przypadku przedstawicieli żmijowatych, Viperidae). Jego główne działanie polega na blokowaniu przesyłania sygnałów nerwowych i w konsekwencji paraliżu – nakierowany jest głównie na paraliż układu oddechowego. Co więcej, w pierwszej fazie jad transportowany jest nie przez układ krwionośny, ale przez układ limfatyczny. Naczynia limfatyczne wchłaniają jad z pokąsanych tkanek i dopiero „kawałek dalej”, tam gdzie układ limfatyczny łączy się z krwionośnym jest ponownie wprowadzany do krwioobiegu i roznoszony po organizmie. Jak pisze Rick Shine w książce Australian Snakes (str. 193):

Większość jadu na tym etapie jest w limfie, nie we krwi a naczynia limfatyczne biegną pod skórą. Elastyczny bandaż owinięty dość ciasno wokół pokąsanej kończyny (tak jak w przypadku zwichnięcia) spowolni przepływ limfy na tyle, że przez wiele godzin jedynie mała część jadu dostanie się do układu krwionośnego. Ponieważ przepływ limfy jest generowany przez ruchy mięśni, ta technika będzie jeszcze bardziej efektywna, jeśli pokąsana kończyna będzie unieruchomiona (przy użyciu szyny), co redukuje przepływ krwi i limfy. Spokój również tu pomoże.

W przypadku niektórych przedstawicieli Elapidae (praktycznie wszystkie gatunki australijskie, nie-plujące kobry z afryki), stosowanie takich opasek pozwala opóźnić wystąpienie pierwszych poważnych objawów zatrucia jadem nawet o kilka godzin. Wystarczająco dużo czasu, aby wezwać pomoc i dotrzeć do szpitala. Jednak, opasek takich nie wolno stosować w przypadku pokąsania przez przedstawicieli żmijowatych i gleboryjcowatych, ponieważ ich jady zawierają bardzo dużo substancji powodujących znaczne uszkodzenia tkanek. W takim przypadku, stosowanie opaski może doprowadzić do bardzo silnych uszkodzeń pokąsanej kończyny, czego konsekwencją mogą być nieodwracalne deformacje a nawet konieczność amputacji. Opaska nie jest polecana przy okazji pokąsania przez większość węży z Azji, natomiast może mieć zastosowanie w przypadku południowoamerykańskich zdradnicowatych oraz węży morskich.

Transportując ofiarę do szpitala (lub czekając na pomoc) należy w miarę możliwości utrzymywać z nią stały kontakt. W przypadku zatrucia neurotoksynami może dojść do paraliżu mięśni oddechowych. Ofiarę można przez wiele godzin podtrzymywać przy życiu stosując oddychanie metodą usta-usta. Ekstremalnym przypadkiem był mężczyzna, który w pełni świadomy – i w pełni sparaliżowany – przeleżał podłączony do respiratora prawie tydzień, zanim paraliż zaczął ustępować (efekt ukąszenia przez mambę czarną Dendroaspis polylepis)

Jeśli dotrzemy do szpitala, wiadomo – oddajemy się we władanie specjalistów. Warto jednak pamiętać o kilku dobrych praktykach, które obowiązują również lekarzy:

Przed podaniem surowicy powinien być wykonany test alergiczny, który pozwoli określić, czy pacjent nie jest uczulony na surowicę. Surowice wykonywane są z końskiego osocza. Podanie takiej surowicy osobie uczulonej może bardzo pogorszyć jej stan. Jeśli wynik takiego testu jest pozytywny (czyli pacjent jest uczulony) przed podaniem surowicy wstrzykuje się odpowiednie leki przeciwalergiczne.

W przypadku nie wystąpienia objawów zatrucia (podejrzenie „suchego” ukąszenia) często wykonuje się dodatkowe testy na krzepliwość krwii. Pomaga to też określić gatunek węża – zwykle duży spadek krzepliwości oznacza pokąsanie przez żmiję, niewielki lub brak przez przedstawiciela zdradnicowatych (nie jest to sztywna reguła).

Jeśli nie wiadomo jaki wąż ukąsił, często stosuje się surowice wieloważne (polyvalent). Jeżeli gatunek jest znany, jednoważna (monovalent) surowica zapewnia lepsze efekty terapeutyczne.

Surowica podawana jest dożylnie. Jej objętość nie zależy od wieku czy gabarytów pacjenta ale od ilości jadu wstrzykniętego przez węża. W warunkach terenowych, jeśli nie ma się doświadczenia w robieniu zastrzyków, surowicę podaje się domięśniowo, jednak wtedy jej rozprzestrzenianie się po organizmie jest bardzo spowolnione.

Więcej szczęścia niż roumu…

Na zakończenie, ku przestrodze trzy historie z bardzo jadowitymi wężami w tle. Ciała dawali wielcy herpetolodzy, jak Richard Shine jak i tacy, którzy przy nich mogą co najwyżej liczyć na miano żółtodziobów (to ja).

Richard Shine, jeden z najważniejszych współczesnych herpetologów w swojej książce Australian Snakes: A Natural History opisuje przygodę, która o mały włos zakończyłaby się tragicznie. W trakcie badań nad wężem tygrysim (Notechis scutatus), który w rankingach „jadowitości” plasuje się całkiem wysoko, bo w pierwszej dziesiątce, musiał sporo podróżować po australijskich bezdrożach. Pewnego razu wracając z pracy w terenie stwierdził, że nie ma już większych szans na dotarcie do domu przed środkiem nocy. A że zmęczenie dawało mu się coraz bardziej we znaki i coraz ciężej było mu skupić uwagę na drodze, postanowił zdrzemnąć się kilka godzin „na pace” swojego pick-upa. Jak napisał w swojej książce, obudził go „nieśmiały syk protestu”. Senność minęła w oka mgnieniu, kiedy uświadomił sobie, że podłożył sobie pod głowę worek z czterema dużymi wężami tygrysimi. Cienki materiał w żaden sposób nie mógłby uchronić go przed ukąszeniem. A to miałoby najprawdopodobniej dramatyczne konsekwencje, ponieważ ukąszenia w głowę należą do najbardziej niebezpiecznych, pomijając już samą przynależność gatunkową kąsającego… Przynajmniej odechciało mu się spać i mógł kontynuować swoją podróż…

Po konferencji herpetologicznej jaka miała miejsce w 2006 roku w Nowym Orleanie wybrałem się na kilkudniową wycieczkę. Znalazłem miejsce obfitujące w węże i aligatory i przez kilka dni pałętałem się po okolicy z aparatem polując na przeróżne pełzające stworzenia. Wśród węży przeważały nerodie i pończoszniki. Nerodie mają bardzo podobne ubarwienie do występującego w tym rejonie mokasyna błotnego (Agkistrodon piscivorous) zwanego przez Amerykanów cottonmouth – co znaczy dosłownie bawełnopyski, od białego ubarwienia wnętrza paszczy. Mokasyny anonsują swoją jadowitość otwierając szeroko pysk i eksponując jego białe wnętrze (na całe szczęście dla mnie). Przez kilka dni każda nerodia była przeze mnie traktowana z respektem należnym najbardziej jadowitemu gadowi, przynajmniej do momentu, kiedy upewniłem się, że jest to nerodia a nie mokasyn. Co prawda, ani razu nie pomyliłem się w swojej ocenie i stawałem się coraz bardziej zawiedziony brakiem spotkania z mokasynem. Za którymś razem, kiedy doszedłem nad brzeg małego rozlewiska spod moich nóg zsunęła się do wody mała nerodia. Wąż ten miał może ze dwadzieścia centymetrów długości. Bez większych ceregieli sięgnąłem po malucha ręką (wszystkie poprzednie węże łapałem albo specjalnym chwytakiem, albo pomagałem sobie jakimś patykiem; tym razem uznałem, że już zbyt dobrze znam lokalne węże). Jak łatwo się domyśleć, nie znałem… Wąż miał więcej rozumu niż ja i tylko zadarł do góry otwarty pyszczek, z którego sterczały niczym dwie szpileczki maleńkie zęby jadowe. Oczywiście, wnętrze pyska było białe… Ja cofnąłem rękę, wąż odpłynął i wróciłem do dobrego zwyczaju, traktowania obcych węży jako potencjalnie jadowitych.

Ponieważ tą historię znam z drugiej ręki, nazwisko tego herpetologa zachowam dla siebie, a tu nazwę go tylko jako J. Dodam jednak, że jest to ważny badacz węży i podobnie jak Richard Shine mieszka i pracuje w Australii.

J. prowadził samochód, a w samochodzie wiózł swoje dzieci oraz małżonkę. W pewnym momencie zauważył węża, który pełzł przez jezdnię. Jak to herpetolog, zatrzymał samochód i wyskoczył żeby tegoż gada złapać, obejrzeć i pobrać fragment tarczki brzusznej na potrzeby ewentualnych badań genetycznych – takie zboczenie znacznej części biologów. Przez chwilę manipulował przy owym wężu, wreszcie go wypuścił, wrócił do auta i rodzina dalej kontynuowała swoją podróż. Po mniej więcej dwóch godzinach J. poprosił żonę o zmianę „za kółkiem”, ponieważ trochę go „rozbolała głowa”. Po następnej godzinie, poprosił, żeby może podjechać do szpitala, bo… tak jakoś się złożyło, że w trakcie oględzin ten wąż go „lekko” ugryzł. Okazało się, że był to przedstawiciel rodzaju Demansia. Nie był to gatunek dysponujący silnym jadem, sam wąż nie był zbyt duży, mimo wszystko lekkomyślność J. była, hmmm… imponująca? Później przyznał, że uważał, iż nie będzie tak źle. No i nie chciał wyjść na mięczaka i niezdarę, który nie potrafi obchodzić się z wężami.

Literatura

Bon C. 2006: Snake venom & pharmacopoeia. Str. 194-203 w: Bauchot R. (red.) Snakes. A Natural History. Sterling co.

Marais J. 2004: A Complete Guide to the Snakes of Southern Africa. Struik.

Norris R. 2003: Venom poisoning by North American Reptiles. str. 683-708 w: Campbell J. A. i Lamar W. W. (red.) The venomous reptiles of the western hemisphere. Volume II. Cornell University Press.

Shine R. 199.: Australian Snakes. A Natural History. CornellUniversity Press.

Spawls S., Howell K., Drews R., Ashe J. 2002. A Field Guide to the Reptiles of East Africa. Princeton Univercity Press

Wall M. F. 1908/1997. Poisonus Snakes. Pilgrims Publishing.

Warrell D. A. 2003: Snakebites in Central and South America: Epidemiology, Clinical features, and Clinical Management. str. 709-761 w: Campbell J. A. i Lamar W. W. (red.) The venomous reptiles of the western hemisphere. Volume II. Cornell University Press.

Whitaker R., Captain A. 2008: Snakes of India. The Field Guide. Draco Books.

Reklamy