Tagi

, , ,

Wizja wczasów w Indiach była dla mnie bardziej niż atrakcyjna. Przyrody półwyspu Dekan nie trzeba szczególnie reklamować, zwłaszcza zaś pasma Ghatów Zachodnich – jednego z dziesięciu światowych hot-spotów bioróżnorodności. Samych tylko gatunków węży w Indiach żyje więcej niż płazów i gadów razem wziętych w Europie. Do tego cała masa egzotycznych dla nas ptaków, ssaków, bezkręgowców i roślin. Jeśli dołożyć do tego łut szczęścia w postaci „upolowania” tanich biletów, wakacje zapowiadały się znakomicie.

amfiesmaPierwsze schody pojawiły się już na Okęciu. Zabrałem ze sobą chwytak na węże, który oczywiście do plecaka się nie mieścił. Chwila negocjacji i udało się przekonać panią, aby nie pobierała dodatkowej opłaty za ten bagaż (raptem 900 gramów…). Miał być to początek przygód z chwytakiem. Na lotnisku w Mumbaju, gdzie mieliśmy przesiadkę na samolot do Panaji w Goa, zgromadził się tłumek celników i strażników podziwiający owo urządzenie. Każdy z groźnych, wąsatych i uzbrojonych przedstawicieli sił zbrojnych musiał osobiście podnieść zmięty papierek za pomocą mojego chwytaka. Po kwadransie udało mi się przejąć nad nim kontrolę i nadać go jako bagaż. Scenariusz ten powtarał się za każdym razem, kiedy chciałem wsiąść z nim do rikszy czy w ogóle pojawiałem się w trochę bardziej publicznym miejscu. Zmęczeni dotarliśmy do Benaulim, małej wioski w stanie Goa, położonej nad Oceanem Indyjskim i po dłuższej chwili oczekiwania przydreptał do nas pan Fernandez – właściciel ośrodka O’Shin, gdzie zamierzaliśmy się zatrzymać na pierwsze kilka dni. Okazało się, że Fernandez zapomniał, że przyjedziemy, mimo, iż dwa dni wcześniej wysłaliśmy mu przypominającego maila a od kilku tygodni byliśmy w kontakcie, z powodu rezerwacji miejsca w O’Shin.

Moje oczekiwania (tzn. dużo węży, innych gadów oraz żab) zaczęły się dość szybko spełniać. W pokoju mieliśmy (przynajmniej) dwa gekony, z rozlewiska przed domem co pewien czas odzywały się rechoczące żaby, brodziło tam sporo czapli i innego wodno-błotnego ptactwa a po drzewach biegały wiewiórki. Jak na początek – bardzo obiecująco.

Pierwszego węża spotkałem jeszcze tego samego dnia – w drodze na obiad. Niestety, wąż ten wcześniej spotkał się z jakimś pojazdem, więc mogłem podziwiać jedynie jego doczesne szczątki. Była to amfiesma (Amphiesma stolata). Jak się okazało, był to jedyny wąż, jakiego widziałem przez najbliższe dwa i pół tygodnia.

Kolejne spotkanie z wężem miało miejsce w Hampi. Przygnębieni widokiem zrujnowanej wioski snuliśmy się zwiedzając średniowieczną świątynię. Kiedy wracaliśmy zauważyłem małego węża pełznącego przez środek placu. Skoczyłem do przodu i za chwilę miałem w ręku pierwszego żywego, indyjskiego węża. Podobnie jak ten z Beanulim, była to amfiesma.

Kiedy szedłem na bok, w miejsce w którym mógłbym spokojnie obejrzeć i sfotografować węża, zobaczyłem biegnących w moją stronę dwóch policjantów i kilku cywili. Oczyma wyobraźni już widziałem wszystkie możliwe kłopoty jakie mogły mnie czekać: od mandatów po siedem lat więzienia jeśli sąd uznałby, że miałem zamiar węża zabić.

– Chcę tylko zrobić kilka zdjęć i zaraz go wypuszczę – krzyknąłem do nadbiegających stróżów prawa. Moje zapewnienie puścili mimo uszu i po paru sekundach byłem otoczony przez mniej więcej dziesięciu Hindusów.hampi i benaulim 124

Powtórzyłem swoje zapewnienie. W odpowiedzi usłyszałem serię pytań i komentarzy zadawanych jeden przez drugiego przez wianuszek widzów:

– Is it venomous? Is it poisons? Is it dangerous? What’s an awful snake!

Zacząłem powoli tłumaczyć, że amfiesma jest niegroźna i nie jest w stanie zrobić nikomu krzywdy. To nie jest kobra ani żmija, nie jest jadowita a ja nie chcę zrobić jej krzywdy, tylko kilka zdjęć.

W odpowiedzi usłyszałem ponownie serię pytań:

– Is it venomous? Is it poisons? Is it dangerous?

amfiesma3Powtórzyłem swoje zapewnienie o nieszkodliwości tego węża i na koniec powiedziałem, ze mogą go spokojnie dotknąć. Wysunąłem rękę z węże w stronę najbliższego z widzów – był to policjant, który natychmiast uskoczył o dobre dwa metry. Pierwszym odważnym okazał się hinduski turysta – najpierw dotknął węża palcem, który o dziwo – nie odpadł. Za chwilę odważył się złapać węża za ogon i musiałem interweniować, bo zaczął go tak mocno ściskać i ciągnąć, że zacząłem obawiać się o zachowanie integralności amfiesmy.

Powtórzyłem, że chcę zrobić kilka zdjęć i zaraz węża wypuszczę. Tym razem zamiast pytań o ewentualne niebezpieczeństwo grożące ze strony węża usłyszałem zdecydowany sprzeciw. Nie wypuszczać, tylko zabrać tego okropnego węża jak najdalej! Niestety, zabranie węża „jak najdalej” wyglądało tak, że podążała za mną cała gromada hindusów, nie odstępując na mnie nawet na krok. Próba zatrzymania się i przymierzenia do zrobienia kilku zdjęć skutkowała natychmiastowym otoczeniem przez moich przypadkowych towarzyszy i znalezienie jakiejkolwiek perspektywy, z której nie byłoby widać ich nóg, było niemożliwe. Po kilkudziesięciu metrach zrezygnowałem z prób robienia zdjęć wężowi i po prostu go wypuściłem. Hindusi zniknęli równie nagle jak się pojawili. Za to wieczorem, w jednej z ocalałych restauracji usłyszeliśmy od jej szefa krótką informację dnia: na głównym placu przed świątynią złapano dzisiaj straszliwego węża!szukajac wezy

Według informacji zawartych w przewodnikach, amfiesma jest dość agresywnym wężem. Jej zachowania obronne obejmują między innymi spłaszczanie szyi, co przypomina rozkładanie kaptura przez kobry oraz gwałtowne kąsanie. Mój okaz nie przejawiał najmniejszych chęci kąsania, starał się jedynie uciec.

Wracając z Hampi spotkałem jeszcze jednego węża. Tym razem wypatrzyłem go z rikszy przed samym dworcem kolejowym. Mimo tego, że wąż ten był już dość płaski (samochody…) udało mi się go zidentyfikować. Był to Coelognathus helena monticollaris.

Mniej więcej tydzień później spotkałem się z Rahulem Alvarezem, przewodnikiem i jedną z osób ratujących węże (bądź ludzi przed wężami). Rahul, na wieść o moich mizernych sukcesach w łapaniu węży stwierdził krótko: Wiesz, w Indiach węże znajdują ci, którzy ich nie szukają i nie chcą spotkać. A jak szukasz, to zawsze jest ciężko.

Może coś w tym jest? W każdym razie, przy następnej okazji, będzie lepiej. Rahul podał mi kilka ciekawych miejscówek (tym razem nie starczyło czasu), więc jeśli dane mi będzie jeszcze raz odwiedzić Indie, wężowe foto-łowy będą bardziej owocne.

Reklamy