Tagi

, , ,

Hampi to mała wioska w Karnatace w Indiach. Nikt nigdy nie usłyszałby o niej, gdyby nie wspaniałe, monumentalne ruiny średniowiecznego państwa-miasta. Obowiązkowy punkt we wszystkich przewodnikach (np. tu i tu). Jeszcze rok temu Hampi tętniło życiem. Wśród ruin ustawione były niezliczone kramy i sklepiki. Obok nich wybudowane było kilkanaście guesthouse’ów, połowa z nich prowadziła własne restauracje. Między nimi wciśnięte były następne sklepiki, wzdłuż głównej drogi stały rzędem stragany. Tam kręcili się turyści. Kupowali pamiątki, jedzenie, ubrania – wszystko, czego można zapragnąć w Indiach. Wieczorami, po zapadnięciu zmroku zapełniały się wszystkie restauracje – był to czas na zjedzenie kolacji – w stylu indyjskim, europejskim, chińskim czy nawet koreańskim – wybór był przeogromny. Był to też czas na wypicie lampki wina lub butelki piwa. Hampi tętniło życiem.Hampi dziś

Do Hospet, niewielkiego miasta położonego 6 km od celu naszej podróży docieramy około 18:00. Pakujemy się do rikszy i od razu miłe zaskoczenie. Kierowca pyta skąd jesteśmy – odpowiadamy: z Polski. W odpowiedzi słyszymy „jak się masz”, „dzień dobry” i jeszcze kilka swojskich zwrotów. Docieramy do Hampi.

To nie jest miejsce, o którym opowiadał mi żona. Nie ma restauracji, nie ma sklepów są… ruiny. Nie tylko ruiny dawnego państwa-miasta, które określane jest w przewodnikach jako „indyjskie Pompeje”. Mniej więcej połowa Hampi leży w gruzach. Nie ma tych wszystkich straganów, sklepików, kramów, restauracji, guesthouse’ów. Zostały nieliczne z nich.

Pytamy co się stało. Ludzie opowiadają, ale proszą, żeby nie podawać ich imion. Boją się represji. Podobno urzędnik odpowiedzialny za wyburzenia ma rodzinne powiązania na wysokich szczeblach. „To zły człowiek” – to jedyna opinia o nim, jaką słyszymy.

”UNESCO wpisało Hampi na listę światowego dziedzictwa kultury. I kazało usunąć z ruin elementy dobudowane współcześnie” – rzeczywiście, część sklepików wkomponowała się w ruiny, część handlarzy rozkładała tam swoje stragany. „Rząd posłuchał UNESCO. Za tym idą duże pieniądze z zagranicy. Na ochronę zabytków” – dodają miejscowi. „Rząd chce przywrócić >>średniowieczny blask<< temu miejscu”.

Pojawia się też wątek lokalny. „Ci z Hospet zazdrościli nam tego, że turyści zatrzymują się u nas. Teraz oni ich przejmą i będą tu dowozić.”

Jak rząd Indii przywraca >>średniowieczny blask<< Hampi? Wyburzając całą wioskę. Pierwsze domy zburzono w kwietniu. To tuż przed rozpoczęciem się pory monsunów i szczytu upałów. Dobry termin na burzenie Hampi, ponieważ wtedy prawie nie ma tu turystów. My odwiedziliśmy Hampi w połowie września. Od zburzenia tych domów minęło ponad 4 miesiące. Przywracanie „średniowiecznego blasku” polega na tym, że sterty gruzów nadal zalegają w miejscu dawnych domów.

„Jak to zburzyli wam domy?” dopytujemy się. „W nocy na wybranych domach namalowano czerwone krzyże. Rano ludziom, którzy mieszkali w takich domach, właścicielom sklepów kazano się wynosić. Mieli godzinę czy dwie. Później wjechał buldożer”. W kilku miejscach wśród ruin domów sterczą roztrzaskane meble. Nasz gospodarz dodaje „Nie wiem, jak radzić sobie z guesthousem. Żona z synem pojechali na pielgrzymkę prosić o lepszy los. Ona wcześniej miała to na oku. Ja prowadziłem sklep. Miałem duży sklep, o tam.” – pokazuje ruiny – „Ciężko pracowałem, ale wiedziałem po co to robię. Teraz nie mogę w nocy spać. Budzę się, bo wydaje mi się, że ktoś maluje krzyż na moich drzwiach. Nie wiem, ile czasu jeszcze mój dom będzie tu stał. Nie wiem, co później.”

Co się stało z ludźmi, którzy tu mieszkali?

„Rząd dał im mieszkania zastępcze. To lepianki i baraki z blachy falistej, kilka kilometrów dalej.”

Kręcimy z niedowierzaniem głową. Jak to możliwe, że w ramach rekompensaty za zburzony, dobrze prosperujący hotel, restaurację czy sklep dostaje się barak? Dowiadujemy się więcej. W tych barakach mieszkają rodziny z małymi dziećmi. (W Hampi jest jeszcze szkoła i przedszkole, ale dzieci nie mają jak tam dotrzeć). W okolicy jest dużo węży, również tak groźnych jak kobry i żmije Russela. Widziano lamparta. Ludzie boją się o siebie i swój dobytek. Lampart porwał już kilka kóz. Wcześniej nie zbliżał się do Hampi.

„Rząd obiecał odszkodowanie. Mamy dostać 130000 rupii. Ale nikt jeszcze tych pieniędzy nie otrzymał.” Łapię się za głowę. 130000 rupii to około 7000-8000 złotych. Za takie pieniądze nie odbudują sobie domów i nie zaczną nowego życia. Dla lepszego obrazu, nocleg w kiepskim hotelu w Indiach to koszt 600-800 rupii.

Wysiedleni ludzie którzy żyli z turystów, nadal na nich czekają. Ale turyści tam nie docierają – nie mają po co. A przecież ci ludzie o nic nie prosili. Ta społeczność znakomicie funkcjonowała. Turyści przywozili pieniądze, znakomicie się bawili i wyjeżdżali zadowoleni. Część z nich wracała, przyprowadzała swoich znajomych. Teraz? Została połowa wioski, która czeka na swoją kolej. Pewnie znowu w kwietniu, bo nie będzie turystów.

Oficjalna rządowa wersja jaką słyszymy mówi, że wyburzono tylko „nielegalne” budynki. Tylko, że te „nielegalne” budynki stały tam od ładnych dwudziestu, trzydziestu lat a czasami dłużej. Ich właściciele płacili legalne podatki. I teraz „legalnie” zrównano ich domy, sklepy i hotele z ziemią.

Czy rząd Indii przywróci „średniowieczny blask” Hampi? Wątpię. W ciągu miesięcznej podróży naoglądałem się wielu dziwnych rzeczy. W tym kraju chaosu i braku organizacji, przywracanie „średniowiecznego blasku” zakończy się na etapie zburzenia domów. Zostaną po nich gruzy, których nikt nie uprzątnie. Dawne ruiny ogrodzono płotem i do większości z nich nie wpuszcza się turystów. Nie ma tam też archeologów prowadzących badania. Są krowy, które się tam pasą i swoimi odchodami nadają stosowny „blask” temu miejscu.

Nasz gospodarz kręci głową i mówi, że przecież Indie mają najlepszy system polityczny na świecie, są szanowaną potęgą. Aż chce się zapytać: Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? 

A w ramach ciekawostki – ocalał jeden z budynków wbudowanych w ruiny. I to chyba w najbardziej inwazyjny sposób spośród wszystkich, które tam stały. Dalej świetnie prosperuje i na swój sposób tętni życiem. To komisariat Policji. Ich buldożer jakoś ominął.

Reklamy