Tagi

, ,

Chyba mam w sobie coś z masochisty. Otóż od dłuższego czasu przeglądam w miarę regularnie dzieła krajowych oraz zagranicznych myślicieli kreacjonistyczych. Czasami bywa zabawnie, zwykle jednak jest to zajęcie nużąco-irytujące. Bywa też przyczyną frustracji i bezradności wynikającej z często niesłychanej oporności na fakty autorów owych „dzieł”. Do tej ostatniej kategorii zalicza książka inż. Dominique’a Tassot pt. Ewolucja. Dylemat dla nauki, niebezpieczeństwo dla wiary, z przedmową o. Andre Bouleta SM.

Przeczytałem sporo publikacji, które wyszły spod piór autorów broniących wizji stworzenia świata zawartej w Księdze Rodzaju. Jednak muszę przyznać, że nawet wśród najsłabszych z nich rzadko się zdarza trafić na tak wielkie nagromadzenie błędów – nie tylko stricte merytorycznych, ale również przeinaczeń (nie wiem, czy celowych czy wynikających z ignorancji i niedbalstwa) co w tej publikacji.

Już w przedmowie, Boulet pisze, że według Księgi Rodzaju wszystkie istoty żywe zostały stworzone „każda według ich gatunku”. Do tej pory kreacjoniści upierali się przy „rodzaju” i tak też stoi napisane w Biblii, którą mam w domowej biblioteczce. Tassot przytacza cytat ze Ślepego Zegarmistrza Richarda Dawkinsa, tłumacząc po swojemu wypowiedź oxfordzkiego biologa. O ile znam sztukę tłumaczenia, to na tłumaczu spoczywa obowiązek (a przynajmniej należy to traktować jako dobry obyczaj) sprawdzenia, czy np. dana książka nie została przetłumaczona już wcześniej na język polski (w tym wypadku). W tym przypadku została, i to nieźle. Cóż, Tłumacz się nie popisał i nawet fragmenty O Powstawaniu Gatunków tłumaczył po swojemu, nie zważając na wcześniejsze polskie wydania; ostatecznie podpisał się tylko inicjałami J.W., zupełnie, jakby wstyd mu było firmować własnym nazwiskiem taki gniot. Mniejsza z tym. Na tej samej stronie Tassot przytacza słynne starcie wielebnego Wilberfoce’a z Huxleyem „Panie Huxley, mówi pan, że pochodzi od małpy. Ale czy to ze strony ojca czy raczej ze strony matki?” No właśnie, na tym w zasadzie relacja się kończy. Jakże głupim trzeba być, lub jakże niskie mniemanie mieć o adresatach swojej książki, lub jedno i drugie, aby zakładać, że osoba zainteresowana sporem kreo-ewo nie zna bodaj najsłynniejszej riposty Huxley’a: „Nie wstydziłbym się takiego pochodzenia, ale poczytywałbym sobie za ujmę gdybym w poczet przodków musiał zaliczyć osobę, która sprostytuowała dar kultury i elokwencji w służbie przesądu i fałszu!”. Przekładając to na dzisiejszy, znacznie bardziej bezpośredni język, Huxley powiedział Wilberforce’owi, że woli pochodzić od małpy niż od niego.

Po tym wstępie dostajemy wprowadzenie do teorii Darwina. Zaczyna się od kilku drobnych nadużyć w biografii twórcy współczesnej teorii ewolucji. Wbrew zapewnieniom autora, młody Karol Darwin nie podejmował studiów po to by zostać pastorem. Studia teologiczne podjął, ponieważ nie dał rady na medycynie – np. „wymiękł” podczas oglądania operacji, bo mały pacjent strasznie krzyczał (wtenczas operowano bez znieczulenia i nie była to profesja dla wrażliwców). Podróż na HMS Beagle nie była planowana jako rejs dookoła świata, który miał trwać pięć lat. Początkowo tylko trzy, dopiero w trakcie ekspedycji wydłużono jej czas do pięciu lat. Dalej, wg. Tassot Darwin na Beagle płynął wyłącznie po to, aby dotrzymać towarzystwa kapitanowi Fotz-Roy’owi, nie jako oficjalny przyrodnik. Pół prawdy w tym jest, zapewnienie towarzystwa „na poziomie” było istotne, ale Darwin pełnił też funkcję (oficjalną) naturalisty. Mniejsza z tym, tu się czepiam.

Parę stron dalej dochodzimy do wyjaśnienia, czemuż to Darwin dostąpił zaszczytu pochowania go w Katedrze Westminsterskiej. Otóż dla tego, że (str. 28)

(…) wyposażył ekspansję brytyjskiego imperium w podstawy naukowe. Dokonał projekcji cech bezlitosnego społeczeństwa (do którego sam należał) na przyrodę (…) Darwin bardzo dopomógł, żeby pogodzono się z masowym bezrobociem i bankructwami właśnie w imię postępu (…).

Dalej mamy już niemal standardowy fragment, w którym przewijają się autor Kapitału (o tym, że Darwin odmówił Marksowi zgody na zadedykowanie mu książki jakoś Tassot nie wspomina), słuchacz seminarium dla duchownych w Tibilisi, który stracił wiarę po lekturze dzieł Darwina (i został pierwszym sekretarzem), austriacki kapral i inne podobne kreatury. Oczywiście, podłości jakie wyrządzili to efekt zainfekowania ich umysłów teoriami Karola Darwina (nie mogę sobie przypomnieć: na klamrach szturmowców Wermachtu był napis „Gott mit uns” czy „Darwin mit uns” i kto owemu kapralowi życzył powodzenia w sprawie „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”?; mniejsza z tym, nie będę dalej drążyć tego wątku. W tym bajorku niech się tapla Tassot i ci, co za nim polezą. Dobrej zabawy!).

Na stronie 33 dowiadujemy się, czym małpa różni się od człowieka. To przy okazji postulatu Darwina, że człowiek pochodzi od małpy właśnie (myślałem, że miał wspólnych przodków z dzisiejszymi małpami…):

Małpa ma cztery ręce, podczas gdy człowiek – dwie nogi i dwie ręce. Małpa nie ma podbródka i nie byłaby w stanie artykułować słów, choć posiada struny głosowe. Ma grzebień strzałkowy na sklepieniu czaszki, dzięki któremu szkielet jest łatwo rozpoznawalny.

 Wow! Zaczynam rozumieć. Daję studentowi miednicę szympansa i pytam, co to jest. A on odpowiada: Miednica małpy bo ma grzebień strzałkowy na sklepieniu czaszki! I wiem już, czemu żaden z moich psów nie jest człowiekiem! Bo mimo, iż mają struny głosowe nie są w stanie artykułować słów!

Dwie strony dalej Tassot zarzuca wczesnym antropologom zbytnią wybujałość ich fantazji przy rekonstrukcji neandertalczyków, gdyż dysponowali zaledwie „paroma gnatami” – zapomina przy tym jednak, że w sferze dowodów, było to dokładnie o „parę gnatów” więcej, niż wtedy i dzisiaj na poparcie swoich tez mają on i jemu podobni.

Na stronie 36, zaraz po tym, jak Tassot ogłosił, że dziobak wymyka się wszelkim klasyfikacjom wracamy do człowieka i kwestii jego pochodzenia. Tu Tassot dewastuje nasze ewolucyjne zapędy. Chodzi o to, że wg. ewolucjonistów człowiek pochodzi od małpy, ale człowiek i małpa żyją współcześnie, ergo, człowiek nie wyeliminował swego protoplasty! Ten problem omijamy, mówiąc, że ludzie i małpy mają wspólnego przodka. Niestety, taki przodek nie może istnieć, ponieważ

gdyby ten przodek miał cztery ręce, trudno byłoby go wiązać z człowiekiem; gdyby zaś posiadał dwie nogi, to nie bardzo wiadomo, skąd miałyby się wykształcić u małpy tylne ręce.

Tak, ten problem spędza nam, ewolucjonistom, sen z powiek. Zwłaszcza te „tylne ręce” u małp. Inny, to mysz, co zamienia się w wieloryba (str. 37).

Na marginesie kwestii wątpliwości dotyczących tego, że „skoro pochodzimy od małpy, to dlaczego małpy dalej żyją” przywołam kilka zagadek dla kreacjonistów, które wygrzebałem na blogu Jerry’ego Coyne’a Why Evolution is True. Otóż, jeśli Bóg stworzył człowieka z prochu (lub pyłu albo gliny) to dlaczego wciąż jest na świecie proch (ewentualnie pył lub glina)? Skoro pies jest udomowionym wilkiem, to dlaczego wciąż żyją na świecie wilki? Skoro pochodzimy od naszych dziadków, to dlaczego mamy kuzynów? Skoro nasza cywilizacja wynalazła naukę i edukację, to dlaczego wciąż na świecie jest tylu idiotów?

Mniej więcej na tym Tassot porzuca omawianie teorii ewolucji i przechodzi do omówienia tego, co mówi Biblia. Myślę, że nie jeden teolog zrobiłby oczy jak spodki, czytając wywody Tassot’a. Ja też takie zrobiłem, zastanawiając się, jak u licha nazywał się amerykański biolog, który zaproponował biologiczną koncepcję gatunku (wspólnotę rozrodczą). Według Tassot’a Edwin Mayr. Według mnie (gdzież mi tam do wyżyn pana Tassot) Ernst. Według Ernsta Mayra, twórcy biologicznej koncepcji gatunku, twórca biologicznej koncepcji gatunku nazywał się Ernst Mayr. Mniejsza z tym, czepiam się i tyle, inicjały są przecież OK.

Na stronie 56 mamy dyskusję znaczenia hebrajskiego słowa min. Tassot stoi na stanowisku, że jest to gatunek, nie rodzaj ale ma to być „interpretacyjny szczegół” (i diabli wzięli „wedle stworzonych rodzajów”, które Noe miał na Arkę pakować, ale przynajmniej zawiłości ze wstępu zostały wyjaśnione).

Dwie strony dalej inny stały punkt programu: „mutacje są zawsze szkodliwe”. W tym miejscu jest też polski akcent: Maciej Giertych, jako ekspert od genetyki (i braku pozytywnych mutacji).

Na stronie 110 mamy następny kwiatek: brakujące ogniwa to standard. Każdy kreacjonista będzie twierdził, że nie ma form pośrednich (a jeśli taką się znajdzie, to znaczy, że liczba brakujących ogniw uległa podwojeniu, bo teraz powstały dwie nowe luki do zapełnienia…). Tassot stawia jednak tezę znacznie bardziej prowokacyjną.

Naukowcom i geologom nie chce się już dłużej szukać [brakujacych ogniw-BB].

Wyjątek dla człowieka, bo trzeba podtrzymywać mit. Hmmm… Który paleontolog nie chciałby znaleźć i opisać czegoś, co mogłoby zyskać status formy przejściowej? A może jednak racja. Weźmy taki przykład: Paleontolog odkrywa szczątki stworzenia, przypominające ni to rybę, ni to płaza. Ma dwie opcje: (1) nazwać jakoś to stworzenie, dokładnie opisać i wysłać taki opis do jakiegoś czasopisma, albo (2) olać. W przypadku opcji nr 1, ma spore szanse, że tym czasopismem będzie Nature albo Science, zyska sławę i naukową nieśmiertelność. W przypadku nr 2: ma spore szanse na to, że usłyszy od szefa You are fired!

Do tej pory, największym dnem kreacjonistycznych publikacji, które ukazały się w po Polsku, było Na bezdrożach teorii ewolucji. W kategorii ‘fun’ prym wiedzie Barański ze swoim Czy istniały dinozaury (to ten od lataczy). Barański pozostaje w mojej klasyfikacji niezagrożony, jednak Johnson ma już silną konkurencję w postaci Tassot’a.

Kto ma być grupą odbiorczą tej książki? Na pewno część z nabywców, to tak jak ja, masochiści, pochylający się nad wypocinami kreacjonistów (uzależnienie). Zakładając jednak, że autor tej książki, który przecież składa literki w słowa, słowa w zdania i nawet mu to poprawnie gramatycznie wychodzi, miał na oku inną grupę odbiorców, to jakie musi mieć o nich mniemanie. Nie mogę uwierzyć, że osoba pisząca takie brednie nie zdaje sobie sprawy ze skali swoich nadinterpretacji, przekłamań czy przemilczeń ważnych kwestii. Czy od razu pisze dla półgłówków, czy sam jest tak ograniczony, że widzi tylko to, co chce zobaczyć? Może jest po prostu cynikiem, który chce manipulować jakimś stadkiem oszołomów i dostosowuje poziom wypowiedzi do możliwości intelektualnych grupy docelowej? Prędzej czy później znajdą się przecież osoby, które wezmą za dobrą monetę treści tej książeczki.

A zresztą, czegóż lepszego można się spodziewać w ofercie Wydawnictwa Antyk Marcin Dybowski (swoją drogą, nazwisko powinno zobowiązywać…):

Wydajemy pozycje stojące na straży tradycji katolickiej, dorobku cywilizacji łacińskiej, bronimy prawdy historycznej i upowszechniamy konserwatywną myśl polityczną.

Z tą „myślą” to trochę przesadzili…

Tassot D. 2012: Ewolucja. Dylemat dla nauki, niebezpieczeństwo dla wiary. Wydawnictwo ANTYK Marcin Dybowski, Komorów. 165 str.

Reklamy